Czy elektryczne pomarańcze, o których śnią androidy mogą być popsute?

Ok, powiem to bez owijania w bawełnę. Pierwszy Blade Runner był dla mnie objawieniem. Pierwszy raz widziałem go jako nastolatek na pirackiej kopii kasety video. Minęło od tego czasu bez mała 30 lat a ja wciąż co jakiś czas wracam do tego filmu. Ostatni raz kilka tygodni temu wraz z moim synem, który obecnie jest w weku w jakim ja byłem gdy zachwyciłem się dziełem Ridleya Scotta. Była to swoista podróż sentymentalna w oczekiwaniu na nowy film mający w tytule słowa Blade Runner.

Przyznam, że był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmu tego roku. Czekałem cierpliwie pełen obaw o to co zobaczę na ekranie kinowym. A obawy moje miały mocne fundamenty. Sam twórca pierwowzoru, nie zajął się realizacją sequelu swojego arcydzieła… czyżby bał się, że może wszystko zepsuć? Pytań miałem co niemiara, a moje obawy pogłębiały się wraz pojawiającymi się pokątnie informacjami. A to, że na seansach próbnych widownia wystawiała fatalne oceny filmowi. A to, że muszą być wprowadzone poważne poprawki. Wreszcie pojawiły się pierwsze zwiastuny i mogliśmy zobaczyć drewnianą twarz Ryana Goslinga… Niemniej gdy tylko można było już rezerwować bilety na dzień premierowy kupiłem bilet dla mnie i dla syna. I mimo, że szedłem do kina pełen niespokojnych myśli, teraz wiem, że naprawdę było warto poświęcić prawie trzy godziny na obejrzenie sequela niemal idealnego.

Blade Runner 2049

 

Blade Runner 2049 – Czy można poprawić ideał?

Blade Runner 2049 - recenzjaA niech mnie, można! I to w jakim stylu. Tak bałem się tego co zaprezentuje nam Denis Villeneuve. Choć wiedziałem, że jest on twórcą nieszablonowym. Doskonale umie mieszać konwencję i style. Jego „Arrival” (Nowy Początek – Polski tytuł) jest niesamowicie niepokojącą  i pyszną opowieścią o kondycji ludzkości. Mroczny „Prisoners” (polski tytuł – „Labirynt”) to duszna opowieść o ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy. Natomiast fenomenalny „Sicario” to mocne męskie kino, którego głównym bohaterem jest kobieta! Zatem kto jak nie on mógłby zabrać się za tak karkołomne przedsięwzięcie jak stworzenie sequela filmu uznawanego za Dziedzictwo Amerykańskiej Kultury. Ale chęci swoje a rzeczywistość swoje i mogło być różnie. A wyszło genialnie, i to z przytupem!

Blade Runner 2049

Villeneuve podszedł do zadania bez kompromisów. Powiedział czego chce i to dostał. Budżet filmu opiewał prawie na 200 mln dolarów i został spożytkowany fantastycznie. Bo Blade Runner choć jest kontynuacją wybitnego dzieła ma swój własny charakter, nie jest nędzną kopią, zachowawczym tworem jakim była VII część „Gwiezdnych Wojen” (choć paradoksalnie film jest naprawdę dobry). Mimo, że wciąż pozostajemy w dusznym dystopijnym świecie, jaki znamy z pierwszego Blade Runnera z coraz bardziej pogłębiającą się dehumanizacją ludzkości. Reżyser wyprowadza nas poza mroczne megamiasto na zdegradowany świat, jaki znajduje się poza nim. I mogłoby się wydawać, że ten zabieg spowoduje, że zostanie utracony duszny klaustrofobiczny klimat uniwersum. To uczucie klaustrofobii mimo otwartych przestrzeni pogłębia się jeszcze bardziej za sprawą genialnej fabuły. Bowiem Blade Runner 2049 to nic innego jak kino Noir i to pełną gębą. Przez prawie trzy godziny seansu mimo z wolna, nieśpiesznie rozwijającej się fabuły przedstawiającej zagadkę kryminalną, którą musi rozwikłać główny bohater ani przez chwilę nie ma miejsca na nudę. Nowy Blade Runner jest jak karczoch, którego trzeba obierać łuska po łusce, aby dostać się do najsmakowitszej części. I reżyserowi udaje się to doskonale.

 

Uczta dla oczu.

Nie ma co się oszukiwać, Villeneuve to wybitny reżyser. Ale prowadzenie historii to jedno a drugie to oprawa wizualna. I tu dostajemy coś co po prostu wyrywa serce. Nowa odsłona Blade Runnera po prostu nie mieści się w żadnej kategorii jaką można byłoby opisać piękno obrazu jaki dostajemy wraz z fabułą. Scenografowie postawili sobie za zadanie, aby jak najmniej korzystać z Green Screenu i efekt jest wprost powalający. To na dodatek jako operatora Villeneuve zatrudnił doskonale mu znanego mistrza kamery Rogera Deakinsa. Aby opisać o kim mowa napisze tylko 13 nominacji do Oscara za zdjęcia. I dodam tylko tyle: jeżeli Akademia nie da mu Oscara za zdjęcia do Blade Runnera 2049 to nie wyobrażam sobie za co inny operator filmowy będzie mógł dostać Oskara w roku w którym będzie musiał konkurować z Deakinsem. Każdy kadr filmu jest niczym ruchomy obraz wystawiany w największych i najsławniejszych galeriach oraz muzeów świata.

Piękna tego, co widzimy na ekranie nie da się oddać słowami. Od zimnych tundryjskich widoków mroźnej Syberii, poprzez mroki rozjaśnione światłami megametropolii, zielono szare śmietniska okolic San Diego po przepiękne, krwiste kolory zrujnowanego Las Vegas. Gra świateł i cieni w każdej ze scen jest po prostu wizualną wirtuozerią, jakiej jeszcze dotąd nie widziałem w żadnym filmie. Brawo!

 

Nie tylko Blade Runner jest bohaterem tej historii.

No właśnie, fabuła to jedno, obraz to drugie ale równie ważni są aktorzy. I tutaj naprawdę jest jeszcze lepiej niż w pierwowzorze. Tak jak pisałem wcześniej obawiałem się tego co zobaczę po zwiastunach z Ryanem Goslingiem. Wiedziałem, że jest on świetnym aktorem, to nie znaczyło, że nadaje się do roli następcy Ricka Deckarda. A on pasuje jak ulał. Już na samym początku możemy zrozumieć dlaczego ekspresja Goslinga, jaką widzieliśmy w zwiastunach jest tak oszczędna. Jest nikim innym, jak Replikantem wyszkolonym do zwalczania Serii Nexus 8. Homo Homini lupus Est. Replikant, Replikantowi również. To, jak Gosling prowadzi swoją postać, walcząc z otaczającym go światem traktującym go jak wyrzutka zarówno przez ludzi i Replikantów. Z rozterkami, jakie go dopadają wraz z odkrywaną prawdą. Zasługuje na najwyższe uznanie. Tą rolą Gosling potwierdza, że jest jednym z najlepszych aktorów obecnych czasów.

Ale w filmie nie tylko główny bohater się liczy. Villeneuve zatrudnia do swojego obrazu aktorów, którzy choć nie są szerzej znani są dopasowani do swych ról tak jakby się do nich specjalnie urodzili. Oczywiście nie dotyczy to Jareda Leto, który jak zwykle tworzy nietuzinkową postać choć w ciągu prawie trzech godzin filmu widzimy go zaledwie kilka minut. Rola Niandera Wallace’a – wizjonera i technicznego Guru, jest niemal demoniczna i widać to doskonale w scenie gdy niczym szatan kusi Deckarda. Tak ten facet naprawdę do takich ról jest najlepszym kandydatem.

Blade Runner 2049A skoro już o bohaterze granym przez Harrisona Forda mowa. To koleś, który ma prawie osiemdziesiątkę na karku daje naprawdę rade. Ford wybitnym aktorem jest i basta. W każdej scenie jaką ma do odegrania wcielając się w postać, która ugruntowała jego karierę. Cały wachlarz umiejętności aktorskich i ekspresja jaką włożył w zagranie tej kanonicznej osobowości po prostu budzi szacunek. Już dawno nie widziałam aby dał z siebie tyle w odegranie postaci. Brawa dla tego Pana! Ale, ale co z postaciami dalszego planu? A proszę bardzo.

Ana De Armas w roli Joi jest tak cudownie urzekająca, że Bóg mi świadkiem gdyby można ja było kupić w naszym świecie już miałbym ją w domu i w nosie miałbym protesty mojej żony. Tak fenomenalnie i sugestywnie zagranej nieistniejącej postaci nigdy nie widziałem, w żadnym  filmie  mam nadzieję, że ta cudownej urody doskonała aktorka zrobi jeszcze wielką karierę.

Następna w kolejności jest Sylvia Hoeks w roli Luv. Prawej ręki i Anioła Jareda Leto. Widziałem ją wcześniej w tylko w jednym filmie. Był to „Koneser” z Geoffreyem Rushem i była tam świata. Jednak w Blade Runnerze wzniosła się na nowy poziom swoich umiejętności. Jest po prostu genialna. Szaleńcza wściekłość w jej spojrzeniu kiedy dochodzi do konfrontacji między nią a Porucznik Joshi jest tak prawdziwa, że odnosi się wrażenie, że ona naprawdę nienawidzi Robin Wright grającą tą postać. To naprawdę trzeba zobaczyć.

Właśnie. Robin Wright. Jakże daleką drogę odbyła ta piękna kobieta od czasów, kiedy to grała jedną z głównych ról w niezwykle popularnej operze mydlanej zatytułowanej „Santa Barbara”. Obecnie jest chyba najpopularniejszą aktorką pośród kobiet Hollywood w jej wieku. I nie ma się co dziwić. Arsenałem kunsztu aktorskiego, jakim dysponuje ta kobieta można by było obdzielić kilka aktorek. A powiedzmy to sobie wprost – Robin Wright nie bierze każdej roli, jaką jej zaproponują. Wybiera je z prawdziwym smakiem. Zatem możecie sobie wyobrazić, jak doskonałą kreację tworzy w Blade Runnerze.

Kolejnym dowodem na to jak skrupulatnie dobierano aktorów do ról mogą być kreacje epizodyczne. Dave Bautista, który ma ostatnio naprawdę świetna passę aktorską w roli Sapera Mortona jest po prostu genialny. Kilka minut a jaka ogromna kreacja! Albo Mackenzie Davis – aktorka, której nigdy wcześniej nie widziałem… Przepraszam, grała w Marsjaninie, ale absolutnie jej nie pamiętam. W filmie Villeneuva grając replikantkę Mariette zapada tak w pamięć, że trudno przestać o niej myśleć. Nie będzie przesadą kiedy napiszę, że tak doskonale dobranej i dopasowanej do ról ekipy aktorskiej nie widziałem w żadnym filmie.

 

Świetnie, ale czy to wszystko się ze sobą klei?

I tu niestety odpowiedź brzmi. Nie… To znaczy nie zrozumcie mnie źle, fabuła wraz z obrazem i aktorami jest tak doskonale spasowana, że nie będę przesadą napisać, że jest to najlepiej nakręcony film jaki kiedykolwiek widziałem. Dorównać może mu jedynie wersja reżyserska pierwowzoru. Ale dla osoby, która tak jak ja kocha ten świat. Łatwo będzie dostrzec pewne rysy na tej idealnie wypolerowanej powierzchni.

Długo się zastanawiałem co jest tego przyczyną. I znajduje tylko jedno wytłumaczenie. Właściciel marki ma cichy plan: aby na tyle zachwycić publiczność swoim filmem, że uda mu się wypromować świat Blade Runnera na marvelowską skalę. I każda z tych rys jaką zważyłem to nic innego, jak kotwica mająca być swoistego rodzaju furtką do zbudowania potężnego uniwersum. Coś mi mówi, że już niedługo czeka nas wysyp kolejnych filmów, seriali i animacji rozgrywających się w tej rzeczywistości. Szczerze powiedziawszy nie mam nic przeciwko temu. Pod warunkiem, że będą mieć przynajmniej taki sam poziom jak Blade Runner 2049.

 

Blockbuster blockbusterowi nierówny.

Nowa odsłona Blade Runnera to nie jest film dla wszystkich. Główną zasadą produkowania blockbusterów jest: wydać kupę forsy i nakręcić film na podstawie scenariusza, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. A jak podleje się to jeszcze sosem wizualnych efektów specjalnych będących ucztą dla oka, to sukces murowany. Tyle, że Blade Runner całkowicie wymyka się tej definicji.

Bowiem jest to film piękny. Ale z niełatwo przyswajalną historią stawiającą pytania o to, w jakim kierunku zdążamy my, ludzie. Nie jest napakowany akcją wylewająca się z ekranu niczym tsunami mogące zatopić widownię w kinie. Znajdziemy w nim smaczki, które są tylko zrozumiałe dla tych co widzieli pierwowzór sprzed trzydziestu lat i to tylko w odniesieniu do wersji reżyserskiej. I choć możemy oglądać genialnie odtworzoną cyfrowo Rachael graną przed trzydziestu laty przez młoda i piękną Sean Young, to nie zaspokoi to gawiedzi spragnionej wizualnej cyfrowej orgii. A i zakończenie zrozumieją tylko ci, którzy za jedyną słuszna wersję historii Deckarda i Rachael uznają ostateczną wersję filmu zmontowaną przez Ridleya Scotta… Tak czy inaczej Blade Runner to Blockbuster pełna gębą. Jednak nakręcony tak jakby był filmem spoza mainstreamu kina. I to jest w nim tak urzekające. Dostaliśmy film, który już teraz możemy nazwać klasykiem.

Blade Runner 2049